Wspominki Starego Dyrygenta

 

Relacje pomiędzy dyrygentem a orkiestrą symfoniczną mogłyby być tematem dysertacji doktorskiej. Tak są złożone i zależne od przeróżnych czynników nie tylko natury muzycznej lub psychologicznej. Ponadto określenie „orkiestra symfoniczna” jest nieprecyzyjne. O ile bowiem rzeczywiście orkiestrę można traktować jako jednolity organizm powołany do czysto muzycznej realizacji skomponowanego dzieła, o tyle w sensie fizycznym jest zbiorem kilkudziesięciu jednostek. Z których każda z osobna – co należy podkreślić – może mieć i ma de facto własny stosunek do dyrygenta. I nie tylko, ponieważ ma także indywidualne preferencje odnośnie do wykonywanego dzieła. Świadomość tych wszystkich skomplikowanych uwarunkowań towarzyszyła mi przez wszystkie 61 lat pracy dyrygenckiej, w tym 33 w Wałbrzychu.

***

W dziejach każdej zapewne instytucji, podobnie jak w życiu każdego człowieka, przeplatają się wydarzenia piękne i brzydkie, wesołe i smutne, a także sukcesy i niepowodzenia. Tak też było i w historii Filharmonii Sudeckiej. Do najbardziej udanych wydarzeń należy – moim zdaniem – pierwsze tournee koncertowe na Zachód. Odbyło się w maju 1986 roku. Był to okres pogłębiającego się kryzysu gospodarczego, wywoływanego przez stałe strajki oraz niepokoje społeczne. I właśnie wtedy państwowy impresariat, Polska Agencja Artystyczna „Pagart”, rzeczywisty monopolista eksportowo – importowy zaproponował Filharmonii wyjazd na osiem koncertów we Włoszech i jeden we Francji, na festiwalu w Poitiers. Musieliśmy ponieść koszty transportu ( dwa autokary oraz ciężarówka ), natomiast organizatorzy włoscy i francuscy płacili hotele i diety dla muzyków. „Pagart” zainkasował – jak się domyślam – prowizję. Ale dla nas wyjazd był wielką szansą i bez namysłu propozycję przyjęliśmy. Dzisiaj, z perspektywy 25 lat, mogę z czystym sumieniem napisać, że tę szansę wykorzystaliśmy z powodzeniem. Po tamtych koncertach wyjeżdżaliśmy szereg lat zarówno do Francji i Włoch, jak i  do Niemiec i Austrii.

***

Przypuszczam, że w całej historii orkiestry Filharmonii Sudeckiej najważniejszy pod względem artystycznym był pierwszy koncert w Paryżu. Odbył się we wrześniu 1994 roku w samym centrum miasta, w ogromnym kościele św. Magdaleny ( jak mi powiedziano – 1700 siedzących miejsc !). a w dodatku program zawierał jedno z największych dzieł literatury muzycznej – nieśmiertelną IX symfonię Beethovena. Miałem świadomość, że w Paryżu to arcydzieło prezentowały najsłynniejsze orkiestry świata pod kierownictwem największych dyrygentów. A teraz my, z małego, nieznanego miasta ośmielamy się je wykonać przed tą samą wyrobioną paryską publicznością. Czy to nie nadmierna odwaga, granicząca z bezczelnością? Przyznaję, że takiej tremy nie miałem od kilkudziesięciu lat, od pierwszego koncertu w Warszawie z orkiestrą Filharmonii Narodowej. Ale wtedy odpowiadałem tylko za siebie i to w stolicy własnego kraju. A tutaj w Paryżu reprezentowałem polską kulturę i odpowiadałem przede wszystkim za całą orkiestrę.

Nie będę wdawał się w szczegóły, przypominając, że razem z naszą orkiestrą w wykonaniu symfonii brały udział dwa chóry, polski i francuski, oraz również polsko – francuscy soliści. Jedyne co konieczne do przywołania w tych wspominkach  to fakt, że w kościele wszystkie siedzące miejsca były zajęte, a oprócz tego dookoła stali ci, dla których zabrakło biletów i musieli zadowolić się wejściówkami. Ponieważ w Paryżu nawet w kościołach koncerty są biletowane. Organizatorzy twierdzili, że na naszym koncercie było około 2000 słuchaczy.

A kiedy wybrzmiał ostatni akord symfonii, zapadła w ogromnym kościele cisza. Byłem, co dobrze pamiętam do dzisiaj, przerażony. Publiczność paryska była bowiem znana z tego, że potrafi wygwizdać, „wytupać” wykonawców. Potrafi krzykami jeszcze w czasie trwania utworu zagłuszać muzykę, wyrażając protest przeciwko interpretacji. Sam tego doświadczyłem jako słuchacz we wrześniu 1956 roku w czasie koncertu słynnej orkiestry bostońskiej z wielkim Charles Munchem. Część publiczności opuściła salę, tupiąc nogami i krzycząc ( oczywiście po francusku !) „To skandal!”.

Kiedy więc tak stałem zmartwiały ze strachu, nagle po kilku sekundach ciszy, rozległ się dosłownie grzmot oklasków. I okrzyki „Brawo! Brawo!” Nie potrafię opisać słowami co wtedy przeżywałem. A potem tych 1700 osób zerwało się na nogi i mieliśmy to, o czym marzą zapewne wszyscy muzycy na świecie : owację na stojąco w Paryżu! Już nie pamiętam ile razy wychodziłem, aby dziękować ukłonami za takie przyjęcie. Dodam jeszcze, ze musieliśmy bisować aż trzy razy. Oklaski ucichły dopiero wtedy, kiedy po trzecim bisie wyprowadziłem chór i orkiestrę.

***

Czas kończyć te wspominki. I życzyć nowemu dyrygentowi – dyrektorowi, aby wskrzesił dawne dni chwały. Na razie rozpoczął przywracanie poziomu artystycznego orkiestry. To wymaga dłuższego czasu i ogromnej mobilizacji muzyków. I atmosfery zaufania we wzajemnych relacjach pomiędzy dyrygentem a zespołem. Wiem, że piszę o rzeczach oczywistych, ale czasem trzeba o nich przypominać. Zwłaszcza w takich momentach, które mogą się okazać przełomowe. Jak nowy sezon z nowym dyrektorem. I życzę  „powrotu do zdrowia” wszystkim pracownikom Filharmonii : muzykom, urzędnikom, technikom oraz  tym, których jeszcze tutaj nie wymieniłem. A publiczności, którą wspominam z wdzięcznością, dobrych koncertów. Władzom zaś, aby doceniły rolę i znaczenie naszej Filharmonii.

 

Galeria

 

facebook